|
|
SerwisKW ToruńLogowanieprzypomnij hasło zarejestruj sięPartnerzy | AktualnościKAŻDA MARMOLADA SMAKUJE INACZEJ14 stycznia 2016, godz. 23:15– Dobrze... niech będzie „Iwona” – mówię, po kilku minutach namawiania i rzeczowych argumentów Kuby. Przystaję na pomysł podróży „Iwoną”, jak żartobliwie nazywamy – przerobiony w campera – Iveco Daily. Koszt podróży tym autem jest wprawdzie nieco większy, ale komfort mieszkania w tak świetnie urządzonym „domu” wynagradza to. Możliwie najkrótszą drogą – przez Kotlinę Kłodzką, Czechy i Austrię – docieramy do Cortiny’dAmpezzo. Na początku planujemy wspinać się na murze Lastoni di Formin. Wjeżdżamy na Passo Giau i parkujemy na łące 30 m poniżej przełęczy. Naszą uwagę zwraca duża ilość biegaczy na pobliskim szlaku. Z zainteresowaniem podchodzę do schroniska, obok którego zlokalizowany jest punkt odżywiania. Dowiaduję się, że odbywa się Lavaredo Ultra Trial, niesamowicie trudny bieg górski na dystansie 119 km i przewyższeniu 5850 m. Na Passo Giau biegacze mają pokonane 103 km, przed nimi do mety w Cortinie „tylko” 16 km. Z szacunkiem patrzę na zmęczonych skyrunnerów, wiedząc, że część z nich nie zmieści się w 30 godzinnym limicie czasowym. Zmęczeni podróżą i intensywną pracą przed wyjazdem wcześnie kładziemy się spać. Poranek jest słoneczny i rześki. Podchodzimy pod południową ścianę Lastoni di Formin (2657 m n.p.m.). Znajdujemy wejście w naszą drogę Re Artu (6b). Wyżej temperatura powietrza jest jeszcze niższa i mamy problem z rozgrzaniem się. Licząc na ciepły letni dzień nie zabraliśmy puchówek i stojąc na stanowiskach dygoczemy z zimna. Dość silny wiatr wzmaga uczucie chłodu, a słońce z powodu wczesnej pory nie ogrzewa jeszcze ściany. Cieszymy się jednak, że jesteśmy pierwsi na tej 300 metrowej drodze, widząc podchodzące pod ścianę zespoły. Re Artu to ładna i popularna droga z dobrą asekuracją. Prowadzimy na zmianę i kończymy po 3 godzinach i 15 minutach od wejścia w ścianę. Trzema zjazdami dostajemy się do żlebu zejściowego. Zwijam linę i kątem oka widzę leżący poniżej repik. – O, znalazłem repik – myślę. Prawie wyciągam rękę w jego kierunku i w tym samym momencie zamieram... „Repik” cofa głowę i pręży podłużne ciało gotowy do ukąszenia. To nie element wyposażenia, ale prawdziwa żmija zygzakowata, na szczęście mierząca tylko około 30 cm. Przyklejam się do ściany ograniczającej żleb maksymalnie cofając gołe łydki. Co, do licha, robi tu ten gad? Sprawia mu przyjemność wylegiwanie się na śniegu? Następnego dnia ponownie podchodzimy pod tę samą ścianę z zamiarem przejścia drogi Love My Dogs (7a, 300 m). Dzielimy się prowadzeniem. Ja prowadzę łatwiejsze wyciągi, Kuba rozprawia się z trudnościami 6c i 7a. Piękna droga, jej przejście daje nam dużo satysfakcji. W zejściu wypatruję znajomej żmii, ale nie zauważam gada. Dochodzimy do auta i naszym oczom ukazuje się zabawny widok. Samochód otoczony jest przez stado krów, obwąchujących i liżących elementy karoserii. Przepędzamy bydlęta. Na szczęście nie „zaminowały” terenu. Po południu przyjeżdża Włoch, by odgrodzić zwierzęta elektrycznym pastuchem. Pomagamy jemu w tej pracy. Słyszymy z jego ust: Po dwóch dniach wspinania przypada nam rest. Spacerujemy po Cortinie, a następnie odpoczywamy nad rzeką T. Boite. Jest piękna pogoda. Wyleguję się na kamieniu wielkości małej przyczepy kempingowej obmywanego przez nurt rzeki. Obserwuję małą żabkę uwięzioną w wirze wodnym, próbująca bezskutecznie wydostać się z pułapki. Żaba uporczywie porusza łapkami, by po chwili, zmęczona, powrócić w sam środek wiru. Po kilku minutach bezskutecznej walki zmienia strategię. Odwraca się na grzbiet i natychmiast prąd wody spiralnym ruchem wyrzuca ją w stronę głównego nurtu rzeki. Płaz oddala się w błyskawicznym tempie i tracę go z oczu. Żabo, chciałaś tego? – myślę. Nad ranem opuszczamy miejscówkę i jedziemy ponownie na przełęcz Giau. Piękna pogoda przysposabia nas do śmiałych zamierzeń. Za cel obieramy drogę Gente di Mare z 2005 roku na zachodniej ścianie Lastoni di Formin. „Ruta” ma 350 m długości i modernistyczną wycenę 7a. Napieram na pierwszy wyciąg (6b). Już sam start wydaje mi się trudny. Wyżej jest jeszcze gorzej. Angażuję wszystkie siły by nie spaść. Na 45 metrach osadzonych jest 9 spitów, a trudności trzymają cały czas. Powstaje znany mechanizm, strach przed długim lotem mobilizuje do maksymalnego wysiłku, ale pochłania zarazem wszystkie siły. Dochodzę do stanowiska zmęczony „jak koń po westernie”. Oddaję prowadzenie Kubie. Przed nim wyciąg 6c. Sytuacja powtarza się. Od samego stanowiska cholernie trudno. Mój partner walczy dzielnie, ale droga nie puszcza. Po długich rozważaniach postanawiamy wycofać się. Kolejny raz zaglądamy do topo i znajdujemy wiele mówiący fragment tekstu: „(...) , but we have to underline that 6c must be mastered to climb it”. Schodzimy i zimnym piwem zapijamy gorycz porażki. Na „naszej” polance pojawia się camper z Polski. Poznajemy parę starszych osób. Henryk z uśmiechem opowiada, że przyjechał z żoną, że od lat podróżuje w wakacje camperem, i że wspina się „tu” po górach. Odpowiadam, że my też trochę się wspinamy, jednocześnie z niedowierzaniem obserwując jego prawą rękę z silnym niedowładem. Dalsza rozmowa wyjaśnia rozumowanie rodaka. Dla niego wspinanie to turystyczne trasy i łatwiejsze via ferraty, na których jest w stanie radzić sobie bez asekuracji. Słowo „lina” wzbudza w nim podziw i szacunek dla naszej działalności. Kolejny dzień pięknej pogody rodzi w nas bojowe nastroje. Nasz wybór to 300 metrowa Super tegolina z 1999 roku, wyceniona na 7a, również na zachodniej ścianie Lastoni di Formin. Wchodzę w pierwszy wyciąg drogi, który zaczyna się piękną rysą 6b. Asekuruję się z friendów. Jest trudno. Wydaje mi się, że najlepiej będzie wejść w dülfera. Dochodzę do spita, wychodzę jeszcze kawałek i już wiem, że popełniłem błąd. Jeszcze chwila i lecę w dół. Prowadzenie przejmuje Kuba. Pięknie klinując się, przechodzi pierwsze trudności. Prowadzi kolejne trudne wyciągi: 6c, 6b+, 7a, a ja zastanawiam się skąd ten „zwierz” ma tyle siły. Super tegolina to bardzo ładna droga, na której nawet łatwiejsze wyciągi dają dużo satysfakcji. Po skończeniu drogi zjeżdżamy jej linią. Po trzech zjazdach łapie nas burza, a siła opadu przeczy prognozom. W nasze kaski bębnią kulki gradu wielkości wiśni, robi się wściekle zimno. Przeczekujemy nawałnicę pod ścianą wtuleni w przewieszenie. Schodzimy przy akompaniamencie bliższych lub dalszych grzmotów. Po dojściu do samochodu zostajemy zaproszeni na obiad przez poznanych Polaków. Dość ciekawie prezentuje się wnętrze ich campera. Na kilkunastu haczykach wiszą pęta kiełbasy i połcie wędzonego boczku. Henryk opowiada o podróżach. Dziękujemy i żegnamy się. Jeszcze tego samego wieczoru przemieszczamy się do Malga Ciapella. Ta niewielka osada to punkt wypadowy pod jedną z największych ścian Dolomitów – południową ścianę Marmolady. W ubiegłym roku zadebiutowaliśmy na tym „morzu skały” na drodze „Don Quixote”. Przeszliśmy ją w dwa zespoły: Kuba z Łukaszem oraz Maciej i ja. Jutro planujemy podejście do schroniska Falier i lustrację ściany. W nocy nie śpię. Dopada mnie zatrucie pokarmowe – trawi gorączka i nachodzą torsje. Straszę nocne zwierzęta głośnym – błee... Snuję się zbolały po lesie i chłodzę rozpaloną głowę w pobliskim strumieniu. Rano jest jeszcze gorzej. Jestem zupełnie osłabiony i co chwilę udaje się do lasu z łopatką. Po jakimś czasie polanka przypomina skutecznie przekopaną przez krety łąkę. Zarzucam eksperymentalną dawkę leków i staram się wykonać podstawowe czynności. Postanawiamy z Kubą, że on podejdzie do schroniska około południa, a ja wieczorem. Mam ogromną nadzieję, że wtedy poczuję się lepiej. Mija popołudniowa burza i powietrze ochładza się. Opuszczam łóżko i w ślimaczym tempie podchodzę doliną. Jestem wściekły na swoją słabość. Postanawiam, że jeżeli noc minie mi bez gorączki – to wejdziemy w ścianę. Przed nami duże wyzwanie. W planie mamy „Via Gogna”. To trudny klasyk o wycenie TD+, VII, 1000 m. Pierwszego przejścia w dniach 27 i 28 sierpnia 1970 roku dokonali: Alessandro Gogna, Alberto Dorigatti, Almo Gimbissi i Bruno Allemaud. Wstajemy kilkanaście minut po godzinie drugiej. Kuba z troską w głosie pyta mnie o samopoczucie. Nie jest źle, spałem 4 godziny i czuję się o wiele lepiej. Jemy namiastkę śniadania i wychodzimy o godzinie 3-ciej. W świetle czołówek, spokojnym krokiem, podchodzimy pod ścianę. Gdy zaczyna świtać jesteśmy gotowi. Gdzieś z góry, ze złowieszczym furkotem, co chwilę spada kamień. Z asekuracją przekraczamy płat zlodowaciałego śniegu, tworzący szczelinę brzeżną. Kuba gładko pokonuje pierwszy szóstkowy wyciąg. Prowadzimy na zmianę. Któreś z kolei trudne miejsce zapada mi bardziej w pamięci: lekko wznoszący się trawers przez paskudnie gładką płytę. W jedyny dobry chwyt wtykam tricama. Gapię się, szukając jakichkolwiek stopni. Wiem, że nic tu nie znajdę, trzeba to przejść po „niczym”. Szkoda, że ostatni przelot tak daleko... Nie chcę myśleć o skutkach lotu. Stopa „pod brodę”, ręce „na oklep”, ciężki wór utrudnia ruch, ale udaje się. Dochodzę do stanu. Nie wygląda najlepiej. Jeden hak prawie wyciągam ręką. Wsuwam go z powrotem w skalne błotko i mówię: – Siedź tu sobie haczyku, siedź, już ci nie przeszkadzam. Wzmacniam stan friendem i ściągam partnera. Kolejny wyciąg doprowadza nas do charakterystycznego komina, znajdującego się blisko półek w połowie ściany. Patrzymy z niedowierzaniem. Kominem i ograniczającą go ścianą płynie regularny potok. Skąd, do licha, strumień w środku ściany, gdy dookoła wszystko suche? Woda z szumem rozpryskuje się wokół. Staram się szybko pokonać przeszkodę, ale i tak w kilka sekund jestem kompletnie mokry. Wchodzę w trudności, mokre i oślizgłe od glonów. Daleko majaczy zardzewiały, mizerny haczyk. Myślę i mówię do niego: – Może jesteś hakiem pierwszych zdobywców... Wobec tego jesteś stary, starszy ode mnie... Pieprzę cię, nie będę na tobie latał, zapomnij... Odstawiam stopę na trochę lepszy stopień i błyskawicznie but napełnia się wodą płynącą po nodze. Maksymalnie skoncentrowany posuwam się w górę. Cholerny 50 metrowy wyciąg wydaje się nie mieć końca. Mokra lina ciągnie mnie w dół. Kompletnie zmęczony dochodzę do stanu. – A...u...to..! – dysząc dzielę słowo na sylaby. Dochodzimy łatwiejszym terenem do ogromnych półek. Suszymy się w słońcu i dość długo odpoczywamy. Dyskutujemy nad pochodzeniem strumienia. Utworzył się on z wody, z intensywnie topniejącego po drugiej stronie góry lodowca. Od ponad tygodnia na wysokości powyżej 3000 m n.p.m. nawet w nocy utrzymuje się dodatnia temperatura, a zjawiska krasowe umożliwiają wodzie wypłynięcie kilkaset metrów dalej. Przed nami najtrudniejszy technicznie wyciąg na drodze. Po jakimś czasie przekonamy się, że również najpiękniejszy. Kuba gładko radzi sobie z jego przejściem. Przeciągamy na linie jeden z worów i wchodzimy w łatwiejszy teren. Robi się nieprzyjemnie krucho. Porzucamy pomysł wspinania się na tym odcinku z lotną. Filar spiętrza się, trudności rosną, ale kruszyzna nie ustępuje. Asekuracja nie rozpieszcza. Szóstkowe trudności w takim terenie wystawiają psyche na dużą próbę. Wspinamy się najdelikatniej jak tylko można, ale i tak w otchłań ściany leci kilka kamieni. Trudności ciągną się w nieskończoność. Jesteśmy już solidnie zmęczeni, lecz ściana nie odpuszcza do końca. Za naszymi plecami pojawia się ciemna chmura i widać smugi padającego w sąsiedniej dolinie deszczu. Rozlegają się głośne grzmoty. Perspektywa burzy 100 metrów od szczytu nie jest wesoła. Na szczęście lekki wiatr odsuwa chmurę od Marmolady. Pod koniec drogi zapycham się w jakieś piekielne trudności i tracę czas na wycof z napotkanego stanowiska. Idziemy właściwym wariantem i po chwili stajemy na szczycie Marmolada Punta Rocca 3309 m n.p.m. Spontanicznie rzucamy się sobie w ramiona i ściskamy mocno. Przed nami jeszcze mozolne zejście lodowcem, piargami i drogą. Po 23 godzinach od wyjścia ze schroniska, dochodzimy do samochodu. Ta Marmolada „smakowała” zdecydowanie inaczej niż ubiegłoroczna... Cały kolejny dzień odpoczywamy, a następnego przenosimy się pod Sellę. Po drodze zatrzymujemy się w Canazei. Jest niewiarygodnie ciepło. Późnym popołudniem termometry – w tej położonej na wysokości 1460 m miejscowości – pokazują 31ºC. Decydujemy się wjechać na samą przełęcz Sella (2244 m n.p.m.). Tam jest trochę chłodniej – 26 ºC, można zasnąć. Następnego dnia podchodzimy pod drogę Roberta 83 na południowej ścianie Piz Ciavazes. Pierwsze wyciągi znamy z zeszłorocznego przejścia kombinacji Roberta + Buhl. Najtrudniejszy wyciąg 7a+ Kuba pokonuje w drugiej próbie. To wymagająca i bardzo ładna droga.
Piz Ciavazes
W nocy psuje się pogoda. Deszcz pada jeszcze cały poranek. Czekamy, aż ściana Piz Ciavazes trochę obeschnie. Chmury ciągle wiszą nad górami, ale o godzinie 15-tej wchodzimy w Giovani Paulo II. Przebiegamy na lekko pierwsze wyciągi, ciesząc się pięknym uczuciem rozwspinania. Na czwartym wyciągu dopada nas gwałtowna burza. Po chwili ścianą płyną potoki gradu. Rozważamy czy nie przeczekać nawałnicy i śmiejemy się z pomysłu stojąc w t-shirtach i baletkach po kostki w lodzie. Sprawnie zjeżdżamy i pod ścianą wytrząsamy lód ze wszystkich zakamarków odzieży. W Giovani Paulo II wchodzimy ponownie następnego dnia. Trochę stopują nas bulderowe trudności kluczowego wyciągu. Kończymy tę mało efektowną drogę, szybko zjeżdżamy, zbiegamy do samochodu i uzupełniamy sprzęt. Podchodzimy pod Kant Abrama. Znam tę drogę z ubiegłego roku, więc oddaję prowadzenie Kubie. Wykręcamy niezły czas. Na końcowych wyciągach Kuba przeklina rzęchowaty charakter drugiej części drogi. Tego samego dnia rozpoczynamy powrót do Polski. Na autostradzie w Niemczech, dwukrotnie w ciągu pół godziny, przechodzimy kontrole drogowe. Za pierwszym razem jesteśmy „zdjęci” z trasy, a na parkingu samochód zostaje poddany ważeniu. Zastanawiam się czy pokaźny zapas włoskich win zbyt nie dociążył auta. Za drugim razem, zapewne nasz „obwiesiowy” wygląd wzbudził podejrzenia u policjanta przypominającego Arnolda Schwarzeneggera w latach świetności. Telepię się osobowym, gdzieś przez Polskę B. Spoglądam przez okno. Zza drzew porastających obficie boczny tor wyłaniają się budynki opuszczonej fabryki. Na murze jednego z nich widnieje wyblakły napis: „Fabryka Cukierków i Marmelady”. Uśmiecham się do siebie, zamykam oczy i zasypiam. Wykaz dróg 28.06.2105, Lastoni di Formin, Re Artu, 6b, 300 m, OS 29.06.2015, Lastoni di Formin, Love My Dogs, 7a, 300 m, OS 1.07.2015, Lastoni di Formin, Gente di Mare, 7a, 350 m, próba 2.07.2015, Lastoni di Formin, Super Tegolina, 7a, 350 m, FL 4.07.2015, Marmolada, Via Gogna, TD+, VII, 1000 m, OS 7.07.2015, Piz Ciavazes, Roberta 83, 7a+, 250 m, RP 9.07.2015, Piz Ciavazes, Giovani Paulo II, 6c, 300 m, RP 9.07.2015, Piz Ciavazes, Abram Kante, VII-, 360 m,RP
Jakub Pawlak – KW Bydgoszcz Grzegorz Czapran – KW Toruń – tekst |
| Copyright © 2008 KW Toruń, kontakt | |